Paweł Susid

Suma wiedzy

prace    /    teksty   /    bio   /  wernisaż

Trzysta trzydzieści lat ateizmu w Polsce,

czyli

pracownik sztuki i nauki spełnia obowiązek

 

Śpiewam przy goleniu. MÓWIĘ PRZY MALOWANIU” – taki tekst maluje Paweł Susid na oprawionym lustrze, umieszczonym na początku wystawy Suma wiedzy. Zwierciadło zmienia się w podobrazie i powstaje z tego taki oto obraz: wypowiedziane przez malarza słowa ukazane na tle oblicza osoby, sportretowanej w dialektycznym momencie oglądania i czytania.

Dialektyka czytania obrazów i oglądania tekstów towarzyszy odbiorcom malarstwa Susida od lat 80. Wyobraźmy sobie jego malarstwo jako praktykę, która wydarza się gdzieś na pograniczach poezji konkretnej, plakatu, abstrakcji geometrycznej, obrazowania, w którym pobrzmiewają echa konstruktywizmu i równie dobrze słyszalne echa nowej ekspresji. W kategoriach generacyjnych artysta należy do pokolenia „nowych dzikich”. Szybko wprawdzie przekroczył rozkosze „dzikiej” ekspresji na rzecz bardziej dyskursywnej formuły malarskiej, nie mniej zatrzymał sobie z tamtej epoki pewne elementy przydatne dla swoich dalszych przedsięwzięć. W malarstwie Susida litery malowane są z szablonu, niczym teksty z antyreżymowych graffiti z lat 80. Formy są najczęściej ujęte w ramy podstawowych geometrii, a ewentualne wizerunki, jeżeli już się pojawiają, zostają uproszczone do znaku. Sposób malowania naznaczony jest nonszalancją właściwą komuś, kto ani nie musi ani nie potrzebuje niczego nikomu udowadniać, a już szczególnie tego, że panuje nad malarską materią; oto rodzaj chropawej, postpunkowej wirtuozerii.

Z takich elementów Susid konstruuje maszynę malarską do artykułowania swojej parezji. Nie bez powodu artysta upodobał sobie tekst jako uprzywilejowany przedmiot malowania; mamy tu do czynienia z malarzem wyjątkowo elokwentnym, prawdziwym parezjastą, który nie chce, a może nawet nie potrafi skorzystać z okazji by siedzieć cicho. Performowanie porannego golenia prowokuje aby coś przy tej czynności zanucić. Czyż rzeczywistość nie prowokuje aby ją komentować? Być może nie każdego, ale Paweł Susid chętnie daje się sprowokować. Poczytuje to wręcz za swój etyczny obowiązek.

Cóż ma do powiedzenia teraz?

Na przykład coś takiego: „Walka z kłamstwem i ciemnotą obowiązkiem pracownika naukii sztuki” – maluje Susid na kilku płótnach, złożonych w panoramiczny poliptyk, tak długi, jak to jest potrzebne by wyartykułować całą myśl – a trzeba na to ładnych kilku metrów. Na wystawie praca powieszona jest pod samym sufitem sali ekspozycyjnej. Obraz dostosowuje się do architektury pomieszczenia, a Susid flirtuje z poetyką transparentu, a nawet PRLowskiego hasła propagandowego.  rtysta nie boi się takich skojarzeń; należy do tych twórców, którzy w gruncie rzeczy zawsze są w bardziej lub mniej radykalnej opozycji wobec dominującego paradygmatu. „Na tle obecnej, Polska Ludowa wygląda już nie tak szaro” – maluje na jednym z obrazów. W tej frazie pobrzmiewa interesująco prowokacyjny, rewizjonistyczny ton. Jeszcze do tego tonu wrócimy. Tymczasem przyjrzyjmy się jak malarstwo artysty reaguje na miejsce, w którym jest wystawiane. Susid jest realistą w głębokim sensie tego pojęcia. Jego wyostrzone poczucie rzeczywistości rozciąga się od języka, w którym jest zanurzony (polszczyzny, tradycji malarskich), przez społeczny i polityczny kontekst, w którym powstają obrazy, po przestrzeń, w której są pokazywane. Już na kultowej, niezapomnianej wystawie Obrazy w szkole i w domu, którą artysta pokazał w 2006 roku w Zachęcie, prace „reagowały” na lamperie ścian, załomy murów, przejścia i detale ekspozycyjnych pomieszczeń. Na Sumie wiedzy jest podobnie; malarstwo nie udaje, że znajduje się w jakiejś idealistycznej „przestrzeni sztuki”. Jest „przytomne”, obecne tu i teraz. Odnosi się do architektonicznych podziałów, okien, przejść, framug z analogiczną aktywnością z jaką wchodzi w dyskusję z obecnym stanem zbiorowej świadomości. Co jednak z obowiązkiem pracownika nauki i sztuki, którego powinnością jest walka z ciemnotą i kłamstwem? Susid zarówno jako artysta, jak i pedagog, profesor akademii, pracownik nauki (o malarstwie), nie uchyla się od tego obowiązku. Hasło o walce z ciemnotą wyartykułowane jest frazą, która brzmi retro, szczególnie w czasach, w których nauka jest o krok od powołania sztucznej inteligencji, manipulacji genetycznych na nieograniczoną skalę i innych świadectw triumfu racjonalistycznego paradygmatu. Moglibyśmy z przyzwyczajenia odczytać tę frazę ironicznie – Susid słynie przecież z wirtuozerskiego operowania ironią. W pracach z ostatnich lat jest jej jednak mniej, niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Moglibyśmy się też spodziewać, że artysta znany z umiejętności spoglądania na sprawy tego świata ze sprzyjającego filozoficznej zadumie dystansu, z biegiem lat będzie stawał się coraz bardziej refleksyjny i, co za tym idzie, chłodny. Tymczasem temperatura sztuki Susida ostatnimi czasy właśnie się podnosi, malarz parezjastuje w sposób coraz bardziej polemiczny. Jest wściekły? Należałoby raczej powiedzieć, że stracił cierpliwość. Kiedyś celował w błyskotliwych, wieloznacznych aforyzmach, w rodzaju „Prawie wszystko jest abstrakcją geometryczną”* czy „Złe życia kończą się śmiercią”. Dziś nie stracił na błyskotliwości, jego prace są wciąż znaczeniowo wielowymiarowe, ale bliższe jest poetyce pamfletu. „Nawet miałbym kilka pytań do kapłanów, ale już widzę, że są zbyt trudne” – maluje na jednym z obrazów. Oto moment, w którym możliwości dyskusji z żywiołami ciemnoty, a także kłamstwa, wyczerpały się. Pracownicy sztuki i nauki, powinni podjąć swoje obowiązki.

Na Sumie wiedzy znajduje się obraz, na którym Susid maluje słowa „De non extistentia dei” oraz „Kazimierz Łyszczyński”. Powtarza łaciński tytuł oraz nazwisko wielokrotnie, na różnokolorowych polach, które wyznaczają kolejne wiersze tego obrazu. Powtórzenia szczelnie wypełniają kwadratowy kadr, jakby tego tytułu i nazwiska nie wystarczyło wypowiedzieć i pokazać raz; trzeba to czynić wciąż od nowa. I rzeczywiście trzeba; w naszej zbiorowej świadomości i pamięci postać Kazimierza Łyszczyńskiego jest przecież nieobecna, zaś jego dzieło De non extistentia dei  O nieistnieniu boga – jest nie tylko zapominane, lecz fizycznie nie istnieje, bo zostało zniszczone przez XVII-wiecznych inkwizytorów.

Susid wystawiał przywołujący Łyszczyńskiego obraz już wcześniej, na wystawie Zrozumieć słowa i wyciągnąć wnioski, którą na wiosnę 2017 roku pokazywał w Fundacji Profile w Warszawie. Tak się nieprzypadkowo składa, że w tym samym mieście, również na wiosnę, na przełomie marcai kwietnia, odbywają się co roku Dni Ateizmu. Mało kto o nich wie; to skromna impreza, wręcz niszowa, zwłaszcza w porównaniu do rozmachu rozmaitych zdarzeń o charakterze religijnym, takich jak uroczyste błogosławienie spółek skarbu państwa, czy Boże Narodzenie, hucznie obchodzone we wszystkich supermarketach.

Kulminacyjnym momentem obchodów Dni Ateizmu jest kostiumowa rekonstrukcja egzekucji Kazimierza Łyszczyńskiego. Ten patron polskich niewierzących był postacią trochę jak z Trylogii, pod warunkiem jednak, że nie pisałby jej Sienkiewicz, lecz literat o bardziej postępowych poglądach. Urodzony w 1638 r. Łyszczyński, sarmata z Kresów, za młodu był jezuitą i studentem filozofii. Później wciągnęły go dzikie pola, został zagończykiem i wojował na sienkiewiczowskich wojnach swojego stulecia. Jeszcze później wrócił do filozofii, ale do jezuitów – już nie. Zwolennik społeczeństwa bezklasowego i przeciwnik wyzysku człowieka przez człowieka (komuch! – avant la lettre), pracował latami nad traktatem De non existentia Dei. Rękopis dzieła wpadł jednak w niepowołane ręce sąsiada, który, jak to często w Polsce bywa, był sąsiadem Łyszczyńskiemu niechętnym. Bezbożna księga trafiła zatem z rąk niepowołanych w ręce odpowiednie, filozof został aresztowany, postawiony przed sądem, skazany na śmierć za ateizm i 30 marca 1689 roku ścięty na warszawskim Rynku. Traktat został zniszczony; jego treść znamy jedynie z drugiej ręki, czyli z materiałów procesowych.

Tak oto pierwsza próba wprowadzania w polski dyskurs myśli racjonalistycznej skończyła się klęską, zapoczątkowując długą serię porażek na tym polu.

Trzysta trzydzieści lat później Paweł Susid wiesza na wystawie Suma wiedzy, obraz, który, podobnie jak wezwanie do pracowników sztuki, formatem i konwencją przypomina propagandowy baner: „Z łaski wiary idzie się otrząsnąć”. Można dopowiedzieć, że w wymiarze indywidualnym rzeczywiście jakoś to idzie, ale na planie społecznym sprawa idzie opornie. W 2007 roku w Waszyngtonie odbyła się debata, w której wzięli udział Richard Dawkins, Daniel Dennet, Sam Harris i  Christopher Hitchens – myśliciele uchodzący za sztandarowych reprezentantów tzw. nowego ateizmu. Zapis tej dyskusji został opublikowany, również w Polsce, w tomie pod tytułem „Czterej jeźdźcy apokalipsy. Jak zaczęła się ateistyczna rewolucja”. Uczeni rozmawiają między innymi o swoistej schizofrenii w jakiej w XXI wieku żyją postoświeceniowe społeczeństwa, udające, że nie ma konfliktu między światopoglądem naukowym a przekonaniami religijnymi. Zgodnie z tym pierwszym paradygmatem urządzone jest de facto wszystko, co we współczesnej cywilizacji niepodważalnie istnieje i praktycznie funkcjonuje – od medycyny, przez wojskowość, po ekonomię i komunikację. Jak ujmuje to w swojej głośnej książce inny klasyk nowego ateizmu, Victor J. Stenger, z perspektywy naukowej, przeświadczenie o istnieniu Boga należy uznać za błędną, bo nie znajdującą żadnego dostępnego potwierdzania, hipotezę.** Mimo to, w odróżnieniu od innych błędnych hipotez, na przykład poglądów głoszonych przez płaskoziemców, przekonania religijne otoczone są w ponowoczesnym społeczeństwie ochronnym kordonem politycznej poprawności, głębokiej tolerancji i szacunku. Ów  respekt nakazuje zachowanie w kwestionowaniu religii niezwykłej delikatności, która nie obowiązuje przecież w odniesieniu do analogicznych, ale słabiej ugruntowanych instytucjonalnie przeświadczeń nie mających żadnych empirycznych potwierdzeń i przeczących stanowi aktualnej wiedzy, a także zdrowemu rozsądkowi. Nie cackamy się zbytnio z uczuciami osób upierających się, że na szczytach władzy roi się od reptilian – ludzie trzeźwo myślący nie wahają się głośno mówić, że to zwyczajne bajdurzenie. Udajemy jednak iż pogląd jakby świat powstał w kilka dni parę tysięcy lat temu miał większą wartość, niż którykolwiek inny, pierwszy z brzegu mit.

„Po licznych portretach bogów w rzeźbie i malarstwie czas najwyższy na pierwszą fotografię.” – maluje Susid. Na polu  sztuki „otrząsanie się z łaski wiary” również nie jest łatwe. Jak celnie zauważa artysta, sztuka sakralna stanowi ogromną część istniejącej spuścizny artystycznej. Istnieje również młodsza i nieporównanie skromniejsza tradycja sztuki antyklerykalnej, polemizującej z instytucjonalnymi formami religii i jej ikonograficznymi manifestacjami – twórczości, którą, jak na przykład słynną pracę Doroty Nieznalskiej, można nazwać sztuką sakralną a rebours. Ateizm cierpi jednak na dramatyczny deficyt artystycznej, wizualnej reprezentacji. Oto paradoks: posiadamy przebogate strategie obrazowania przedmiotów irracjonalnych przeświadczeń, podczas gdy rozsądek pozostaje nieprzedstawiony. Religia przy wszystkich swoich niedorzecznościach tworzy przestrzeń wspólnych doświadczeń i wyobrażeń, tymczasem ateizm przeżywa się indywidualnie, żeby nie powiedzieć samotnie. Być może dlatego Susid, zawsze skłonny do malowania słów, wypełnia nimi nowe obrazy coraz gęściej, kosztem wizerunków, choćby i uproszczonych; potrzebujemy mniej wizerunków, a więcej pojęć. Być może również dlatego coraz częściej powtarza w jednym obrazie te same frazy wielokrotnie. Jak należy czytać takie wypełnione powtórzeniami obrazy? W rytmie haseł repetytywnie skandowanych na demonstracji? Czy też fraz wypowiadanych przez pracownika sztuki wciąż na nowo, w cierpliwej nadziei, że w końcu dotrą do świadomości?

„Aby zwrócić Państwa uwagę, przed następną wystawą będę gryzł szkło i połykał miecze.” – obiecuje Susid w kolejnym obrazie z Sumy wiedzy. Czy to ironia artysty, zastanawiającego się ile może zdziałać malarstwo i malarz w obliczu irracjonalizmu, ciemnoty i kłamstwa, żywiołów, które zamiast przycichać, zdają się wokół nas szaleć coraz bardziej gwałtownie? Oczywiście, to ironia, ale podszyta dramatyczną nutą i poczuciem obowiązku, dla którego artysta skraca filozoficzny dystans, z którego przyglądał się rzeczywistości w dawniejszych pracach. Istnieje pilna potrzeba malowania rozumnych obrazów i jeszcze większa potrzeba ich oglądania oraz czytania ze zrozumieniem. Spojrzeliśmy na ledwie kilka z nich; na Sumie wiedzy takich obrazów jest znacznie więcej. Jak maluje Susid, „Wpadnij jeszcze raz bo nie wszystko zobaczyłeś”.

* Zapis tej myśli na obrazie wygląda następująco „prawie /almost/ wszystko jest abstr. geome.”
** Victor J. Stenger „Bóg. Błędna hipoteza. Jak nauka wykazuje, że Bóg nie istnieje.”, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, 2018

Stach Szabłowski