Krystyna Piotrowska

było jak będzie

prace   /   teksty     bio  /   wernisaż

Warkocz

W ostatnich pracach Krystyna Piotrowska dotyka obszaru osobistego, intymnego: swojego dzieciństwa oraz możliwej, bo nieznanej, rodzinnej  przeszłości. Ponownie zagłębia się w autobiografii, sięga po autoportret, po raz kolejny, z jeszcze innej, dziewczęcej, perspektywy zadając pytanie o własne pochodzenie. Pisze jeszcze jeden rozdział własnej historii, dzieciństwa swojej babki i matki, ciotek i nieznanych krewnych w kobiecej linii, młodych lat swoich i swojej córki. Odnajduje ślady na znalezionych zdjęciach, wybiera twarze, fryzury i ubrania, fotografuje pamiątki i detale, układa minione obce historie w nowe, własne całości. Splata przeszłość z przyszłością. Opowiada niepoznaną matrylinearną genealogię. Otwiera przed nami karty rodzinnego albumu, którego nie było. Patrzymy na twarze nieznanych. Na stroje nienoszone. Na lalki niekołysane. Na kwiaty niedarowane. Oglądamy świat przeszłej, lecz możliwej, nie-przeszłości.

Z jednej z prac patrzy na nas czteroletnia: nachmurzona mała buntowniczka, z pewną rezerwą w szaro-niebieskich oczach, ale pewna siebie. Jest odważna jak lew, który przemyka w tle. Zwierz ryczy, ale to ona, Krysia, ustala porządek. To ona układa historię. Ona ma moc kreacji.

Na innej – nieco młodsza, w sukience do pierwszej komunii. Moda z początku stulecia – hafty angielskie, marszczenia, koronkowe rękawiczki. Biorąc pod uwagę czas, możliwym jest, że mała Krysia snuje wspomnienie o niepoznanej babce. Odświętna sytuacja jest jednak daleka od prawdy, bo przecież jej babka nie przystępowała do pierwszej komunii, to rytuał obcy żydowskiej tradycji. To „niemożliwe” jest jednak ważne – w tym geście „przebrania” w białą sukienkę czai się żal, złość, niezgoda, bunt. Bo czy to nie brak białej sukienki, a w domyśle całej kultury, którą reprezentuje, skazał jej żydowską kulturę na unicestwienie, na całopalenie, a dla niej samej oznacza także, poza ludzkim dramatem, bolesne milczące niepoznanie? Obok wizerunku Krysi/babki – niepokojąca, emanująca erotyzmem Lolity lalka/dziewczynka, z twarzą o wielkich oczach, z dwoma brązowymi warkoczami, nagim, bardzo szczupłym torsem o drobnych piersiach, w białej spódnicy. W oddali na tę dziewczęcą grupę patrzy mały chłopiec z czerwoną piłką. Bogate w znaczenia, osobiste i kulturowe, wspomnienie-marzenie o surrealistycznej aurze. Kolaż historii i sensów. Pragnieniu poznania przeszłości, dzieciństwa swoich kobiecych poprzedniczek, tej tęsknocie za matrylinearną więzią towarzyszą żeńskie treści – to widziana oczami dziewczynki budząca się dziewczęcość/kobiecość.

Na jednej z prac mała Krysia pozuje razem z Martą, swoją córką. Są na nim jak równolatki, siostrzane. Martę ubrała nawet w swoją sukienkę z dzieciństwa. Fantazja? Tak, ale też podkreślenie więzi krwi, wspólnej rodzinnej historii. Być może także tęsknota za niepoznanym wizerunkiem matki z dzieciństwa, i innych kobiet tworzących jej żeńską tożsamość. Krysi i Marcie towarzyszy lalka – Ania, znaleziona gdzieś na pchlim targu zabawka, która pojawiała się już we wcześniejszych pracach. Ania – towarzyszka, powierniczka, przyjaciółka, przewodniczka. Głos kobiecej intuicji. Czyż nie dlatego matki często dają swoim córkom lalki?

Ważną część wystawy stawowi instalacja, której źródłem jest szkolne zdjęcie z początku minionego stulecia pochodzące z Karlsbadu. Krystyna Piotrowska rozłożyła tę grupową, sepiową fotografię dziewczynek na indywidualne portrety. Ten gest podzielenia jest także pragnieniem zbliżenia się do osobistych historii, osobistych losów nieznanych dziewcząt. Te nowe portrety połączyła warkoczami, symbolicznie splatając ich życia w jedną, już nową historię. Oczywiście gest zaplatania włosów tak ważny w jej artystycznej ikonografii, i tym razem jest znaczący. Teraz jednak ich znaczenie związane z Zagładą, odchodzi w cień, wyrazistsze staje się pytanie o wspólnotę losów, o wspólny dziewczęcy świat, o dziewczyńską tożsamość, której symbolem zdaje się być warkocz.

Język Krystyny Piotrowskiej to język poetycki: język metafor, obrazowych kolaży. Język ornamentów i dekoracji. Język barokowego nadmiaru i barwności, barokowej retoryki. Powtórzeń i wzmocnień, ozdobników i emocjonalnych akcentów. To język kobiecy, język serca. Ale jest to przede wszystkim mowa i zapis pamięci, ocalania historii, oddający aurę czasu minionego i minionej historii, przeszyty melancholią, celebrujący przeszłość, jednak opowiadający ją na wskroś współcześnie, materiałem znalezionym. To przykład szczególnego rodzaju artystycznego zawłaszczenia – sięgania po cudze historie, by z tych skrawków upleść własną, nową historię, która jednak dzięki wcześniejszemu zagarnięciu pozostaje w przestrzeni zbiorowej pamięci.

Krystyna Piotrowska jest poszukiwaczką pamięci. Jest też jej strażniczką. Zbiera ocalałe fragmenty historii, ślady codzienności. Ratuje to, co niknie, blaknie, popada w milczenie. Pieczołowicie zbiera stare zdjęcia, kolekcjonuje twarze i spojrzenia, fotografuje ubrania, fryzury, detale z nagrobków, jak palmowy liść z żydowskiego cmentarza gdzieś na Śląsku, ocala ornamenty. To dlatego kupiła w Austrii stare malarskie wałki z dekoracyjnymi wzorami i teraz odbija ich wzory w tłach swoich prac. Artystyczna praktyka Piotrowskiej to szczególny rodzaj ocalania drobnych, ludzkich historii, w których ta wielka także odciska swe bolesne piętno.

Dlaczego teraz Artystka opowiada swoją historię z perspektywy dziewczynki? Chce odczarować dzieciństwo czy raczej podtrzymać jego mit? Myślę, że wciela się w Alicję/Krysię, bo to daje siłę kreacji i czystość, przenikliwość dziewczęcego spojrzenia. Bezkompromisowość, odwagę i spontaniczność. Rodzaj szczególnego zbliżenia do historii jej babki i matki, aby „zobaczyć” je jako dziewczynki. Zaskakująca perspektywa, z której można świeżo, choć nie znaczy to lekko, opowiadać rodzinną historię, układać album rodzinny. Ważną rolę pełni w tych ostatnich pracach dziecięcy autoportret. Nie jest to przejaw czy usprawiedliwienie narcyzmu. Powracanie do własnej twarzy, nie tylko tej dorosłej, ale też dziewczęcej, wyraża być może pragnienie poznania, przeniknięcia swojej historii, która także zawiera się w jej ciele. To, czego nie można było ocalić w pamięci, w rodzinnych fotografiach i opowieściach, kryje się w jej własnej twarzy, w brwiach, rysunku podbródka, linii włosów w spojrzeniu, zastygłym uśmiechu …

Lena Wicherkiewicz