logo
Wystawy Oferta Archiwum 2002 - 2012 Archiwum 2013 - 2016 Kontakt

Krystyna Piotrowska
„Było jak będzie”


16.02.2017-31.03.2017

Wizytująca Galeria, Warszawa,
ul. Grzybowska 88

 

Warkocz

W ostatnich pracach Krystyna Piotrowska dotyka obszaru osobistego, intymnego: swojego
dzieciństwa oraz możliwej, bo nieznanej, rodzinnej przeszłości. Ponownie zagłębia się
w autobiografii, sięga po autoportret, po raz kolejny, z jeszcze innej, dziewczęcej, perspektywy
zadając pytanie o własne pochodzenie. Pisze jeszcze jeden rozdział własnej historii, dzieciństwa
swojej babki i matki, ciotek i nieznanych krewnych w kobiecej linii, młodych lat swoich i swojej
córki. Odnajduje ślady na znalezionych zdjęciach, wybiera twarze, fryzury i ubrania, fotografuje
pamiątki i detale, układa minione obce historie w nowe, własne całości. Splata przeszłość
z przyszłością. Opowiada niepoznaną matrylinearną genealogię. Otwiera przed nami karty
rodzinnego albumu, którego nie było. Patrzymy na twarze nieznanych. Na stroje nienoszone.
Na lalki niekołysane. Na kwiaty niedarowane. Oglądamy świat przeszłej, lecz możliwej,
nie-przeszłości.
Z jednej z prac patrzy na nas czteroletnia: nachmurzona mała buntowniczka, z pewną rezerwą
w szaro-niebieskich oczach, ale pewna siebie. Jest odważna jak lew, który przemyka w tle.
Zwierz ryczy, ale to ona, Krysia, ustala porządek. To ona układa historię. Ona ma moc kreacji.
Na innej – nieco młodsza, w sukience do pierwszej komunii. Moda z początku stulecia - hafty
angielskie, marszczenia, koronkowe rękawiczki. Biorąc pod uwagę czas, możliwym jest, że mała
Krysia snuje wspomnienie o niepoznanej babce. Odświętna sytuacja jest jednak daleka od
prawdy, bo przecież jej babka nie przystępowała do pierwszej komunii, to rytuał obcy żydowskiej
tradycji. To „niemożliwe” jest jednak ważne – w tym geście „przebrania” w białą sukienkę czai się
żal, złość, niezgoda, bunt. Bo czy to nie brak białej sukienki, a w domyśle całej kultury, którą
reprezentuje, skazał jej żydowską kulturę na unicestwienie, na całopalenie, a dla niej samej
oznacza także, poza ludzkim dramatem, bolesne milczące niepoznanie? Obok wizerunku
Krysi/babki - niepokojąca, emanująca erotyzmem Lolity lalka/dziewczynka, z twarzą o wielkich
oczach, z dwoma brązowymi warkoczami, nagim, bardzo szczupłym torsem o drobnych
piersiach, w białej spódnicy. W oddali na tę dziewczęcą grupę patrzy mały chłopiec z czerwoną
piłką. Bogate w znaczenia, osobiste i kulturowe, wspomnienie-marzenie o surrealistycznej aurze.
Kolaż historii i sensów. Pragnieniu poznania przeszłości, dzieciństwa swoich kobiecych
poprzedniczek, tej tęsknocie za matrylinearną więzią towarzyszą żeńskie treści – to widziana
oczami dziewczynki budząca się dziewczęcość/kobiecość.
Na jednej z prac mała Krysia pozuje razem z Martą, swoją córką. Są na nim jak równolatki,
siostrzane. Martę ubrała nawet w swoją sukienkę z dzieciństwa. Fantazja? Tak, ale też
podkreślenie więzi krwi, wspólnej rodzinnej historii. Być może także tęsknota za niepoznanym
wizerunkiem matki z dzieciństwa, i innych kobiet tworzących jej żeńską tożsamość. Krysi
i Marcie towarzyszy lalka - Ania, znaleziona gdzieś na pchlim targu zabawka, która pojawiała się
już we wcześniejszych pracach. Ania – towarzyszka, powierniczka, przyjaciółka, przewodniczka.
Głos kobiecej intuicji. Czyż nie dlatego matki często dają swoim córkom lalki?
Ważną część wystawy stawowi instalacja, której źródłem jest szkolne zdjęcie z początku
minionego stulecia pochodzące z Karlsbadu. Krystyna Piotrowska rozłożyła tę grupową, sepiową
fotografię dziewczynek na indywidualne portrety. Ten gest podzielenia jest także pragnieniem
zbliżenia się do osobistych historii, osobistych losów nieznanych dziewcząt. Te nowe portrety
połączyła warkoczami, symbolicznie splatając ich życia w jedną, już nową historię. Oczywiście
gest zaplatania włosów tak ważny w jej artystycznej ikonografii, i tym razem jest znaczący. Teraz
jednak ich znaczenie związane z Zagładą, odchodzi w cień, wyrazistsze staje się pytanie
o wspólnotę losów, o wspólny dziewczęcy świat, o dziewczyńską tożsamość, której symbolem
zdaje się być warkocz.
Język Krystyny Piotrowskiej to język poetycki: język metafor, obrazowych kolaży. Język
ornamentów i dekoracji. Język barokowego nadmiaru i barwności, barokowej retoryki. Powtórzeń
i wzmocnień, ozdobników i emocjonalnych akcentów. To język kobiecy, język serca. Ale jest to
przede wszystkim mowa i zapis pamięci, ocalania historii, oddający aurę czasu minionego
i minionej historii, przeszyty melancholią, celebrujący przeszłość, jednak opowiadający ją na
wskroś współcześnie, materiałem znalezionym. To przykład szczególnego rodzaju artystycznego
zawłaszczenia – sięgania po cudze historie, by z tych skrawków upleść własną, nową historię,
która jednak dzięki wcześniejszemu zagarnięciu pozostaje w przestrzeni zbiorowej pamięci.
Krystyna Piotrowska jest poszukiwaczką pamięci. Jest też jej strażniczką. Zbiera ocalałe
fragmenty historii, ślady codzienności. Ratuje to, co niknie, blaknie, popada w milczenie.
Pieczołowicie zbiera stare zdjęcia, kolekcjonuje twarze i spojrzenia, fotografuje ubrania, fryzury,
detale z nagrobków, jak palmowy liść z żydowskiego cmentarza gdzieś na Śląsku, ocala
ornamenty. To dlatego kupiła w Austrii stare malarskie wałki z dekoracyjnymi wzorami i teraz
odbija ich wzory w tłach swoich prac. Artystyczna praktyka Piotrowskiej to szczególny rodzaj
ocalania drobnych, ludzkich historii, w których ta wielka także odciska swe bolesne piętno.
Dlaczego teraz Artystka opowiada swoją historię z perspektywy dziewczynki? Chce odczarować
dzieciństwo czy raczej podtrzymać jego mit? Myślę, że wciela się w Alicję/Krysię, bo to daje siłę
kreacji i czystość, przenikliwość dziewczęcego spojrzenia. Bezkompromisowość, odwagę
i spontaniczność. Rodzaj szczególnego zbliżenia do historii jej babki i matki, aby „zobaczyć” je
jako dziewczynki. Zaskakująca perspektywa, z której można świeżo, choć nie znaczy to lekko,
opowiadać rodzinną historię, układać album rodzinny. Ważną rolę pełni w tych ostatnich pracach
dziecięcy autoportret. Nie jest to przejaw czy usprawiedliwienie narcyzmu. Powracanie do własnej
twarzy, nie tylko tej dorosłej, ale też dziewczęcej, wyraża być może pragnienie poznania,
przeniknięcia swojej historii, która także zawiera się w jej ciele. To, czego nie można było ocalić
w pamięci, w rodzinnych fotografiach i opowieściach, kryje się w jej własnej twarzy, w brwiach,
rysunku podbródka, linii włosów w spojrzeniu, zastygłym uśmiechu …


Lena Wicherkiewicz